Uwielbiam cytrusy za ich soczystość, kwaskowość i świeży aromat. Skórkę otartą z cytryny mogłabym dodawać do absolutnie każdego deseru. Mam jednak zawsze duży problem bo wiem, że woskowane cytryny w skórce mają właśnie najwięcej chemii. Dlatego kiedy w zeszłym roku jedna z moich kursantek (Aniu dziękuję bardzo) opowiedziała mi o projekcie Incampagna byłam zachwycona. Jest to zrzeszenie ekologicznych rolników na Sycylii, które co miesiąc wysyła do Polski swoje produkty. Możesz zamówić z dostawą do domu karton ekologicznych cytryn, pomarańczy, mandarynek czy awokado. Możesz też podłączyć się pod jedną z grup i kupować razem, żeby płacić mniej za transport. Moja kursantka Ania właśnie jedna z takich grup prowadzi.
Nareszcie mogłam mieć pod dostatkiem niepryskanych cytryn i pomarańczy. I oczywiście od razu chciałam je zamówić! Okazało się jednak, że musze poczekać aż do listopada, na sezon cytrusowy na Sycylii. Cierpliwość nie jest moją „cechą przewodnią” ale jakoś dotrwałam. Pod koniec października, dostałam od Ani mail, że „to już czas”. No, ale ja nie byłabym przecież sobą, gdybym przy okazji nie pomyślała o fotografii. „Ależ cudnie byłoby dostać te cytrusy z liśćmi i gałązkami, żeby pięknie wyglądały na zdjęciach”- myślałam. W moim portfolio cały czas brakuje dobrych zdjęć cytrusów. Kiedy tylko odwiedzam Włochy w interesach zawsze przywożę, ze sobą ich piękne cytryny ale nie udało mi się jeszcze ich dobrze sfotografować. Weszłam więc na stronę kooperatywy, odnalazłam numer telefonu i zadzwoniłam. Na moje wielkie szczęście odebrała Polka, żona jednego z włoskich rolników. Krótko i zwięźle, bez zagłębiania się w szczegóły fotograficzne, spróbowałam wyjaśnić nietypowe oczekiwania co do mojej paczki. Przesympatyczna Pani Justyna po drugiej stronie linii była jednak dociekliwa.
– Ale po co Pani liście i gałęzie? I dlaczego chce Pani również mniejsze niedojrzałe owoce?
– Bo jestem fotografem kulinarnym i potrzebne są mi do zdjęć?
– O? A można, gdzieś te Pani zdjęcia zobaczyć?
– A jest Pani przed komputerem? To proszę wpisać greenmorning.pl.
– Oooooooo!!!…… Ależ piękne!…. A może zamiast przesyłać Pani te liście i gałęzie chciałaby Pani przyjechać do nas i pofotografować te owoce na drzewach? Bardzo potrzebujemy dobrych zdjęć naszych produktów.
No i tak od słowa do słowa, od listu do listu, okazuję się, że… za 10 dni lecę na Sycylię fotografować cytrusowe uprawy i lokalne produkty!!! Czyż życie nie jest piękne!!! Trzymajcie za mnie kciuki abym sprostała zadaniu. Jak wrócę wszystko Wam opowiem, opiszę, wytłumaczę i pokażę na zdjęciach. Obiecuję! Musicie poczekać tylko do lutego. A na koniec jeszcze parę słów o galaretce. Zrobiłam ją właśnie z pomarańczy i cytryn które (z pięknymi liśćmi oczywiście) przysłała mi Pani Justyna z kolejnym transportem do Polski. „Zamknięta w słoikach kwintesencja cytrusowego orzeźwienia”- tak opisałabym tą galaretkę. Jest bardzo słodka, jest bardzo świeża, jest odrobinę cierpka z nutką aromatu imbirowego na końcu, a przy tym naprawdę nieskomplikowana w przygotowaniu. Z przepisu wychodzą 2 małe słoiczki. Zróbcie koniecznie, na próbę i sprawdźcie czy tak samo jak ja zakochacie się w tym smaku.
GALARETKA CYTRUSOWO-IMBIROWA
(2 słoiczki po 0,4 litra)
2 cytryny
2-3 pomarańcze
limonka (tylko skórka, opcjonalnie)
kawałek świeżego imbiru (wielkości bardzo dużego orzecha włoskiego)
1/3 łyżeczki kurkumy (dla koloru)
1,8-2 szkl. cukru ( w zależności jak słodko lubisz)
1 opakowanie „żelfix-u 2:1„
1. Umyj, obierz i zetrzyj na tarce o grubych oczkach imbir.
2. Umyj cytrusy. Obierz ze skórki jedną pomarańczę, cytrynę i limonkę. Bardzo cieniutko i tylko kolorową część, bez białego. Ze wszystkich cytryn i pomarańczy wyciśnij sok . Możesz zostawić 2-3 cieniutki plasterki pomarańczy do dekoracji.
3. Zagotuj w garnku 2 szkl. wody dodaj skórki cytrusowe i imbir, gotuj przez 20 minut. Przelej wywar przez sitko. Odmierz go tyle, żeby razem z wyciśniętymi sokami dawał 750ml płynu.
4. Wsyp do garnka żelfix i kurkumę, zalej 1/2 szkl. twojej mieszanki, dokładnie wymieszaj aż do rozpuszczenia. Dolej resztę i zagotuj cały czas mieszając.
5. Kiedy płyn zabulgocze dodaj cukier i zamieszaj aż się rozpuści. Gotuj od tego czasu jeszcze tylko 1 minutę.
6. Zdejmij z ognia i jeśli powstała piana mieszaj do czasu aż zaniknie.
7. Rozlej galaretkę do wyparzonych suchych słoiczków. Wsuń plasterki pomarańczy tak aby dotykały do ścianek słoików. Zakręć i odwróć do góry dnem na 5 minut.
8. Przechowuj jak każde przetwory w miejscu chłodnym, ciemnym i suchym. Po otwarciu w lodówce.
9. Galaretka najlepiej smakuje na chrupiącym toście z plastrem świeżego domowego twarogu. MNIAM!
Możesz do galaretki dodać cząstki pomarańczy. Jest z tym trochę roboty ale galaretka staje się pyszniejsza. Dodatkową pomarańczę należy obrać i wykroić cząstki miąższu bez białych błonek, pokroić na mniejsze kawałki i dodać do garnka podczas punktu 4. Postępować dalej tak samo jak w przepisie.
Ta galaretka jest słodka a zarazem cierpka od soku cytrynowego oraz „ostra” od imbiru. Mnie taka bardzo smakuje- moim zdaniem jest idealna. Jeśli jednak Ty nie lubisz imbiru możesz go pominąć, możesz też zastąpić cytryny- pomarańczami- wtedy będzie mniej cierpko i można dodać 1,8 szkl cukru.
Cała Polska pachnie bzem. Aż kręci się od tego w głowie. Pachnie na każdej randce, w każdym ogrodzie, w każdym domu ( bo przecież „kwiaty już w wazonach”). Gdzie się nie obrócisz fioletowo-aromatyczne szaleństwo. Uwielbiam maj właśnie za to, że pachnie bzem. Bzowa chwilo trwaj! Czy wiecie, że każdy bez pachnie inaczej? Tylko na pozór wszystkie mają ten sam aromat. Kiedy zaczniesz wąchać je wszystkie po kolei w niedużych odstępach czasu zaczynasz rozumieć, że to cała paleta liliowego szaleństwa. Doświadczyłam tego ostatnio, kiedy wpadłam na pomysł aby zrobić cukier aromatyzowany kwiatami bzu. (A tak przy okazji to najwięcej odmian bzu w jednym ogrodzie widziałam w Żelazowej Woli- jeśli planowaliście się tam wybrać to warto właśnie teraz- będzie dodatkowa atrakcja do obejrzenia i … powąchania.)
Tuż przed długim weekendem pisałam materiał do czerwcowego Voyage o kuchni Małopolski. Jednym z regionalnych specjałów jest tam przecier z płatków róży cukrowej. Przestudiowałam wszystko co możliwe na ten temat, łącznie z wypowiedziami Pań z lokalnych „Kółek Gospodyń Wiejskich” oraz wywiadem etnograficznym z okolic gdzie przecier się wytwarza. Przeczytałam też o tym jak używa się róży w innych krajach: począwszy od indyjskiej wody i olejku różanego na japońskim aromatyzowanym cukrze skończywszy. Na różę jeszcze nie sezon (zacznie się dopiero pod koniec maja) za to właśnie rozkwita mój ukochany bez. Przecier z niego byłby za cierpki (próbowałam już kiedyś). Za to cukier aromatyzowany zapachem kwiatów???… Czemy nie?… Może warto spróbować?… W mojej głowie już zaczyna się kotłowanina ciekawych pomysłów co z takim cukrem można by zrobić. Wyobrażacie sobie np. lody o smaku bzu!
Okazało się oczywiście, że jak zwykle nie jestem ani pierwsza ani oryginalna, że na ten pomysł wpadł już ktoś wcześniej i umieścił przepis na swoim blogu w Internecie. Popatrzcie tutaj. Postanawiam więc z przepisu skorzystać. Od jakiegoś czasu zmieniłam trasę moich porannych spacerów aby mieć po drodze jak najwięcej krzaków bzowych i cieszyć się ich zapachem. We wsi, gdzie mieszkam- bez rośnie przy większości dróg i prawie w każdym ogrodzie . Czasami nawet po parę drzew- cała liliowa tęcza: od głębokiej purpury, przez wszystkie odcienie różu, lila i fioletu, po najczystszą biel. Sama mam w ogrodzie parę drzew i krzewów. Odkąd idea aromatyzowanego cukru zakiełkowała w mojej głowie zaczęłam wąchać wszystkie napotkane kwiaty w poszukiwaniu tej odmiany która pachnie najintensywniej.
Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu okazało się, że każdy kolor i odmiana bzu pachnie inaczej. Co więcej, są nawet takie które nie pachną wcale. Miejsce pierwsze w moim rankingu z najsłodszym i najbardziej intensywnym zapachem zdobył bez jasno-różowy (widać go dokładnie na talerzyku obok syropu na ostatnim zdjęciu w tym poście). Na końcu listy znalazł się bez ciemny-purpurowy, który nie pachnie wg mnie wcale- przynajmniej te odmiany, które rosną w mojej wsi. Mają one grube mięsiste kwiaty a z moich obserwacji wynika, ze im grubsze i mięsistsze płatki tym mniej aromatu w kwiecie. Bez biały za to ma aromat ostrzejszy a im bardziej ciepły odcień fioletu mają kwiaty (taki bardziej w stronę różu) tym zapach staje się słodszy. Zaznaczam jednak, że moje doświadczenie było przeprowadzone na wybranej (choć całkiem sporej) grupie lokalnych krzewów. Może u Was będzie inaczej? Ciekawa jestem tego bardzo. Koniecznie dajcie znać czy doszliście do takich samych wniosków co ja.
Ponieważ różnorodność mnie zupełnie zaskoczyła postanowiłam użyć do mojego cukru całego bukietu różnozapachowego bzu. Na zbiory, jak należy, wybrałam się rankiem (wszystkie kwiaty najlepiej zbierać w godzinę po otwarciu- wtedy aromat jest najbardziej intensywny), w słoneczny dzień (deszcz spłukuje zapach z kwiatów) z dala od szos (kwiaty bardzo chłoną zanieczyszczenia). Zbierałam kwiaty w pełni otwarte (pąki są za cierpkie i nie mają jeszcze zapachu).
Przepis na bzowy cukier brzmiał i wyglądał prosto. Wystarczy kwiaty zasypać cukrem, zakręcić słoik i trzymać parę dni w ciemnym i nie za ciepłym miejscu. Jednak z mojego doświadczenia z kwiatami wiedziałam, że wcale tak pięknie i łatwo nie pójdzie. Tak jak na zdjęciach cukier wygląda tylko pierwszego dnia- potem kwiaty (tak jak np. owoce zasypane cukrem) zaczynają puszczać sok. Kwiaty stają się brunatne a cukier wilgotny i zbrylony. Nie wygląda to ciekawie i pachnie też nie do końca samym bzem, nie da się takiego cukru wsypać do cukierniczki. Nie da się nawet w łatwy sposób usunąć z niego kwiatów (ponieważ są całe oklejone cukrem).
Ale ja się tak łatwo nie poddaje. Postanawiam cukier wysuszyć w piekarniku. Wysypuje go na blachę, włączam opcję termo-obiegu i temperaturę 50’C. Po około 40 minutach cukier jest prawie suchy. jest jednak następny problem- kryształki napuchły od soku i są teraz większe niż dziurki w moim sitku. Nie przesypię ich łatwo jak planowałam. Jeśli mam bawić się w Kopciuszka i ręcznie wybierać kwiatki bzu z cukru muszę być pewna, że warto. Oczyszczam garstkę cukru, próbuję i… niestety bardzo się rozczarowuję. Cukier po odseparowaniu od kwiatów ani za bardzo nie smakuje ani nie pachnie bzem. Ma inny smak niż zwykły cukier jednak nie wyczuwam w nim bzowego aromatu. Mielę cukier w młynku na puder w nadziei, ze to coś pomoże. Znowu otrzymuję cukier smaczniejszy niż zwykły ale trudno nazwać go bzowym.
W przypływie desperacji postanawiam z cukru zrobić syrop- w taki sposób zdecydowanie łatwiej będzie odzyskać cukier i pozbyć się z niego brunatnych kwiatów -myślę. To okazuje się dobrą drogą. Woda jest lepszym nośnikiem dla aromatu kwiatowego. Mój syrop ma teraz ( choć nie bardzo intensywny to jednak) wyczuwalny aromat bzu. Postanawiam go jeszcze wzmocnić dodając podczas gotowania nową porcję świeżych, pachnących kwiatów.
Po krótkim gotowaniu i odcedzeniu otrzymuję dość klarowny gęsty syrop o ciekawym zapachu, z lekką (wyczuwalną na końcu) nuta bzową. Co z niego zrobić???… Mam parę pomysłów. Pierwszy który pcha się przed szereg w mojej głowie to BZOWA BAKLAWA (!!!) Co wy na to??? Albo BZOWE GULAB JAMUS (sprawdźcie co to takiego w gogle). Albo KHAJA w bzowym syropie (wg tego przepisu).
Zanim jednak wcielę w życie wszystkie te pomysły- muszę odczekać. Próbując cukier a potem syrop bzowy (oraz porównując go z normalnym cukrem i syropem) wyczerpałam chyba swój miesięczny limit spożycia cukru. Wieczorem aż niebezpiecznie kręciło mi się od tego w głowie.
Syrop stoi z lodówce zakorkowany w butelce i niecierpliwie czeka na swój czas. Może Wy macie lepsze pomysły jak go wykorzystać? Co zrobilibyście z piekielnie słodkim syropem pachnącym bzem???… Z miła chęcią posłucham waszych sugestii?
2,5 szklanki białego drobnego cukru 2,5 szklanki świeżo zebranych kwiatów bzu 1 dodatkowa szklanka kwiatów bzu (zbierana w dniu gotowania syropu) 1/2 szklanki wody parę kropli soku z cytryny
1. Jeśli zbierałaś kwiaty z bezpiecznych i niezanieczyszczonych miejsc- nie widzę sensu ich mycia (wypłuczesz większość aromatu). Nie trzeba też obrywać samych płatków, wystarczy kwiatostany porwać na mniejsze kawałki, usuwając grube łodygi. Odmierzaj kwiaty po „ubiciu” ich w szklance (nie niszcz kwiatów tylko lekko przyciśnij dłonią).
2. Do litrowego szklanego słoika włóż kwiaty i zasyp cukrem. Zakręć i potrząśnij parę razy słoikiem aby składniki się dokładnie wymieszały.
3. Umieść słoik w ciemnym i chłodnym miejscu (nie lodówce). Pozostaw na 2-3 dni, potrząsając słoikiem od czasu do czasu.
4. Po tym czasie, kwiaty puszczą sok i stracą kolor a cukier zrobi się wilgotny.
5. Przesyp cukier do garnka. Duża jego część pozostanie na ściankach słoika. Wlej do słoika 1/2 szkl ciepłej wody zakręć i potrząsaj do czasu aż cały cukier rozpuści się w wodzie.
6. Przelej mieszankę ze słoika do garnka z cukrem i gotuj na małym ogniu do czasu aż cały cukier rozpuści się w wodzie (jeśli jest z tym problem lub syrop jest tak gęsty, ze się przypala dolej więcej wody). Najlepiej, żeby syrop za bardzo nie bulgotał (wydaje mi się, że wysoka temperatura powoduje szybsze ulatnianie się aromatu).
7. Teraz dodaj następną szklankę świeżych kwiatów i gotuj przez następne 3-4 minuty, na koniec dodaj sok z cytryny.
8. Wyłącz gaz, przykryj garnek pokrywkę i pozostaw do lekkiego ostygnięcia.
9. Kiedy syrop będzie miał już taką temperaturę, że nie poparzysz się od niego, przecedź go przez sitko dokładnie odciskając kwiaty- w nich pozostało najwięcej aromatu. Można zawinąć je w gazę i dokładnie wycisnąć z nich resztki syropu.
10. Zlej syrop do słoików lub szklanych butelek i trzymaj w lodówce lub zapasteryzuj.
11. Używaj według wyobraźni lub poczekaj na mój przepis z wykorzystaniem tego syropu. Powinien pokazać się wkrótce.
O tym jak, gdzie i kiedy zbierać kwiaty bzu, przeczytasz w poście powyżej. Zrób to koniecznie zanim wybierzesz się na „bzowe zbiory”.
Jednym z pierwszych słów w hindi, którego nauczyłam się w Indiach było ” PANI”- czyli woda. Kiedykolwiek i gdziekolwiek siadaliśmy do stołu (a goszczono nas często) pierwsze o co prosiłam to „PANI!!!”. I to nie dlatego, że był upał (choć był).
Po Indiach najczęściej podróżowałam z moim Guru i grupą jego uczniów. My Polacy naprawdę jesteśmy gościnni, jednak Hindusi biją nas w tym na głowę. Każda hinduska rodzina zapraszając do domu SADHU (czyli świętego człowieka) za punk honoru stawia sobie ugoszczenie go jak króla oraz nakarmienie tak, aby nie mógł się ruszać. Zasada rozszerza się na każdego kto z SADHU do domu przyszedł. Nie ważne, czy jest to 5 czy 500 osób. Każdy jest posadzony, zabawiony rozmową i… karmiony, karmiony, karmiony. Odmowa w ogóle nie wchodzi w grę, byłaby największą obrazą dla Pana i Pani Domu.
Siedzisz więc pokornie i starasz się jak możesz kontrolować swój talerz oraz nakładane na niego potrawy (często około 20 na jeden posiłek). Większości z nich nie znasz, nie znasz też hindi aby zapytać „co to?”. Nawet jeśli osoba serwująca mówi po angielsku to i tak nie za wiele pomaga bo nie przyjmuje twojej odmowy tylko mówi „it’s very nice, very tasty” i nakłada Ci na talerz potrawę za potrawą. Większość z tych potraw jest ostra, za ostra jak na nasze europejskie standardy, tak ostra że od jednej łyżki płyną Ci łzy z oczu. Co więc robisz?….. Prosisz o „PANI!, PANI!” i zapijasz każdy kęs jak największą ilością wody. Przynosi ulgę i pomaga… jednak tylko na trochę. Po 2-3 daniach masz już żołądek pełen wody a według Pani Domu powinno się w nim zmieścić jeszcze paręnaście potraw. Nie. Woda to zdecydowanie nie jest rozwiązanie twojego problemu. Próbujesz więc inaczej. Zamiast zapijać wodą, ostre potrawy zagryzasz roti (czyli indyjskimi plackami) te przynajmniej w większości nie są ostre (chyba, że są nadziewane). Ale ponownie wracasz do punktu wyjścia- bo jesteś pełna już w połowie posiłku. Nie tędy droga, zabrnęłaś w ślepy zaułek !
Aż tu któregoś dnia w jednym z arystokratycznych domów w Jaypur, znajdujesz rozwiązanie. Właściwie, przynosi Ci je bardzo roztropna i pomocna służąca. Obserwuje Cię i Twoje zmagania z mieszaniną uśmiechu i współczucia na swojej pięknej azjatyckiej twarzy. Nagle znika i wraca z miseczką zimnego i gęstego jogurtu. Wykłada Ci go na talerz i miesza z ostrą potrawą. Na migi pokazuje, żebyś spróbowała. Z wielką ostrożnością wkładasz odrobinę jedzenia do ust i… o dziwo!… jesteś w stanie to przełknąć bez wielkiego pożaru wybuchającego w twojej jamie ustnej. Co więcej, wreszcie poczułaś inny niż ostry smak potrawy i okazała się ona przepyszna. Służąca stawia miseczkę obok twojego talerza i mówi wskazując na jogurt „DAHI”.
Właśnie nauczyła Cię słowa ratującego życie (lub przynajmniej zdrowie- szczególnie twojego żołądka). Odtąd pierwsze o co prosisz zasiadając do indyjskiego stołu to nie „PANI” lecz „DAHI”, „DOHI” lub „DOI” w zależności od tego w jakim regionie Indii się znajdujesz. Serwujące osoby trochę się dziwią, bo nie jest to normalna procedura spożywania posiłku. (W tradycyjnych domach bardzo przestrzega się kolejności podawania dań, ma to duży związek z ajurwedą- czyli staroindyjska medycyną naturalną, która zaleca jedzenie poszczególnych smaków i konsystencji pożywienia w odpowiedniej kolejności). Jednak jeśli pięknie złożysz ręce i błagalnym głosem poprosisz „DAHI, DAHI!” – dostaniesz to o co prosisz. Gęsty jogurt, domowej roboty, z tłustego mleka prosto od krowy zawsze jest” na wyposażeniu” indyjskiej kuchni.
Pewnego pamiętnego dnia kiedy siedzisz na podłodze jakiegoś niedużego domu, gdzieś w zachodnim Bengalu i pokornie składasz ręce prosząc o „DOI, DOI” (w hindi jogurt to „dahi” w bengali to „doi”) w oczach osoby serwującej pojawiają się dwa znaki zapytania „MISHTI DOI???”- pyta. „YES, DOI!” odpowiadasz. Pani Domu pojawia się za chwilę z niedużym glinianym naczyniem i stawia je na twoim talerzu. W naczyniu nie ma białego jogurtu- jest coś innego w lekko karmelowym kolorze. Niepewnie smakujesz odrobinę zawartości naczynia i… WOW!!!… zakochujesz się w tym smaku od pierwszego wejrzenia (a raczej kęsa). Właśnie odkryłaś MISHTI DOI.
Kuchnia Bengalska słynie w całych Indiach z najlepszych słodyczy. Ulice Kalkuty i innych miast tego regionu pełne są małych i dużych sklepików ze słodyczami wyrabianymi głównie z mleka i jego przetworów. Większość z nich porcjowana jest na malutkie kwadraty ale są i płynne puddingi czy pływające w syropach kuleczki, są przekładańce i kilkuwarstwowe cuda. Najpopularniejsze to: burfi- podobne do naszych krówek słodycze z odparowanego do stałej konsystencji mleka, sandesh słodycze z sera panir w różnych smakach i kolorach. Są i gulabjamuns (malutkie mleczne pączki nasączone syropem różanym) są rasagule i rasmalai (kuleczki z sera gotowane w syropach lub skondensowanym słodkim mleku z kardamonem, posypane świeżymi pistacjami). Jest keer- gęsty słodki mleczny puding (czasami ryżowy) jest rabri (deser którego głównym składnikiem są !!! kożuchy z mleka!!!). Jest chenna poda- pieczone tylko ze składników mlecznych i cukru ciasto. Jest wreszcie- MISHTI DOI- słodki gęsty karmelowy jogurt. Robiony i serwowany w małych naczyniach z niewypalanej lecz suszonej na słońcu gliny. Moim zdaniem to najlepsza mleczna słodycz w całym Bengalu, zaryzykuje nawet stwierdzenie, że w całych Indiach.
Mishti doi powstaje w takim samym procesie jak normalny jogurt. Z tym, że bazą jest nie zwykłe lecz mocno odparowane, słodzone i doprawione kardamonem gęste mleko. Dopiero do niego dodawana jest odrobina jogurtu jako zaczyn i taka mieszanka rozlewana jest do glinianych naczyń. Naczynia pod przykryciem pozostawia się w ciepłym indyjskim klimacie na 10-12 godzin w ciągu których mleko przemienia się w gęsty, jedwabisty, lekko karmelowy, słodki a zarazem kwaskowy deser. Glina dodatkowo wyciąga z jogurtu płynną serwatkę pozostawiając w naczyniu skondensowany deser. Mishti-doi najlepiej smakuje schłodzone i tak jest podawane- najczęściej podczas świąt religijnych- gdyż uważane jest za „pokarm Bogów”.
Długo wydawało mi się, że Mishti Doi nie uda się, bez glinianych naczyń i w takich przywiezionych z Indii je właśnie robiłam (zobacz na to zdjęcie). W ogóle proces przygotowania tego deseru wydawał mi się dość żmudny. „Cóż, wszystko co dobre wymaga wysiłku” myślałam i godzinami odparowywałam mleko. Aż parę lat temu, znajoma hinduska, mieszkająca na stałe w USA podzieliła się ze mną w Internecie (dzięki ci Boże za Facebook!) swoim „zachodnim” sposobem na Mishti -Doi.
Jej przepis brzmiał prosto: nie odparowywała mleka tylko go zagęszczała mlekiem w proszku, nie gotowała mleka z cukrem do skarmelizowania, tylko najpierw robiła karmel z cukru a potem zalewała nim mleko. A co najważniejsze! Nie używała glinianych lecz szklanych naczyń. Oto mnie, wielbicielce Mishti Doi, ktoś otworzył oczy „pochodnią wiedzy” i pokazał nowy, lepszy, prostszy i efektywniejszy sposób zrobienia mojego ukochanego deseru.
Od tej pory przepis przeszedł jeszcze sporo modyfikacji aby w końcu przyjąć formę tutaj prezentowaną. Przedstawiam Wam moje karmelowo-cytrynowe Mishti-Doi. Przepis najprostszych w wykonaniu i najlepszy w smaku. W mojej kuchni powstało z niego już ponad tysiąc porcji słodkiego ożywczego jogurtowego deseru. Mam nadzieję, że i Wam przypadnie do gustu oraz się uda! Gdyby jednak się nie udało (tak przydarzyło się jednej z moich przyjaciółek, której przepis podałam) przeczytajcie tutaj jak można taką porażkę zamienić w sukces.
1 litr tłustego mleka 4 łyżki brązowego cukru (może być biały ale wtedy wystarczą 3 łyżki) 1 tubka (150g) karmelowego mleka skondensowanego 3 łyżki mleka w proszku otarta skórka z 2 cytryn 1/2 szkl. jogurtu naturalnego
1. Mleko w proszku zalewasz 3 łyżkami zimnego mleka i mikserem miksujesz na pastę.
2. Stopniowo dodajesz resztę mleka, cały czas miksując ( jest to najlepszy sposób, żeby rozpuścić mleko w proszku bez powstawania grudek). Odstawiasz.
3. Do suchego garnka o grubym dnie wsypujesz cukier i podgrzewasz go na średnim ogniu do czasu aż uzyskasz karmel, czyli cukier zrobi się płynny i będzie miał złoto-brązowy kolor.
4. Mieszasz od czasu do czasu i uważasz bo karmel łatwo można przypalić (przypalony karmel dymi i ma gorzki smak, jeśli twój karmel zacznie dymić znaczy, że trzeba go wyrzucić i zacząć jeszcze raz).
5. Kiedy karmel jest gotowy, ostrożnie zalej go mieszanką mleka i mleka w proszku (na początku mleko będzie się bardzo pienić i może „strzelać”- uważaj.) Zamieszaj.
6. Jeśli mleko było bardzo zimne, karmel może zrobić się w nim twardy- nie przejmuj się tym.
7. Zagotuj mleko z karmelem i gotuj do tego czasu aż cały karmel rozpuści się w mleko.
8. Pozostaw mleko do ostygnięcia do temperatury około 40’C. (to taka temperatura, że kiedy włożysz do mleka palec na jakieś 20 sekund, będzie wydawać się bardzo ciepłe ale się nie poparzysz. Ile to 20 sekund? Wystarczający czas aby choć przez chwilę pomyśleć o zwierzęciu od którego mleko pochodzi, podziękować mu lub zmówić krótką modlitwę z prośbą o błogosławieństwo dla niego- ja tak w każdym razie robię.)
9. W międzyczasie dodaj do mleka- mleko z tubki i startą skórkę z cytryny.
10.Jesli na mleku podczas studzenia powstał kożuch- zbierz go i wyrzuć.
11. Kiedy mleko ma już dobrą temperaturę dodaj do niego jogurt i wymieszaj do całkowitego połączenia jogurtu z mlekiem.
12. Przecedź wszystko przez bardzo drobne sitko (aby pozbyć się skórki cytrynowej i ewentualnych grudek mleka w proszku- popsułyby idealnie jedwabistą konsystencje deseru, Niech Ci nie przychodzi do głowy, żeby nie przecedzać! Będziesz tego żałować!).
13. Rozlej deser do małych plastikowych kubeczków. Ustaw je na tacy i przykryj ściereczką (ważne!).
14. Postaw kubeczki w najcieplejszym miejscu w domu jakie znajdziesz. Optymalna temperatura to 35-45’C.
15. Ja wstawiam kubeczki z deserem do piekarnika (mam taki którego najniższa ustawialna temperatura to 30’C, taką włączam i zostawiam deser w zamkniętym piekarniku przez całą noc. Sprawdziłam kiedyś i wraz z deserem włożyłam do piekarnika mój termometr gastronomiczny okazało się, że realna temperatura w piekarniku wacha się pomiędzy 43-49’C (Jeśli przekroczyłaby 52’C to deser nie udałby się. W takiej temperaturze giną już bakterie jogurtowe- zrób więc test swojego piekarnika).
16. Pozostaw kubeczki w ciepłym miejscu przez 10 godzin (lub czasami nawet dłużej zależy od temperatury).
17.Deser jest gotowy kiedy z twojego słodkiego mleka zrobi się gęsty sztywny jogurt (kubeczek będzie można odwrócić do góry dniem i jogurt nie wyleci).
18. Wstaw kubeczki z jogurtem do lodówki na parę godzin.
19. Podawaj deser zimny prosto z lodówki, możesz dodać do niego owoce lub inne dodatki. Moim zdaniem jednak nie warto- deser jest wspaniały taki jaki jest.
Robienie Mishti doi przypomina robienie klasycznego jogurtu. Z tym, że bazą jest słodkie gęstsze mleko z dodatkami. Ponieważ bakteriom jogurtowym trudniej się w takim mleku mnożyć proces zabiera więcej czasu i wymaga nieco bardziej kontrolowanych warunków, szczególnie temperaturowych. Piekarnik jest naprawdę idealnym miejscem do produkcji Misthi Doi. U mnie sprawdza się też piec centralnego ogrzewania. Temperatura na jego obudowie to jakieś 37-38’C.
Przyznać się Wam muszę, że agrest nigdy nie należał do moich faworytów. Oczywiście lubiłam go podjadać prosto z krzaka, kiedy już był dojrzały i słodki. Jednak jakoś nie potrafiłam znaleźć na niego sposobu w kuchni. Dżem agrestowy- nie, czatnej agrestowy- jeszcze gorzej, kompot z agrestu- od biedy może być- ale gdzie mu tam np. do kompotu rabarbarowo-malinowego z nutką mięty? Ciasto z agrestem- porażka. Agrest w deserach- skrupulatnie wybierany i odkładamy na bok przez domowników. Impas i koniec. Miałam ostatnio parę dni wolnych. Moje chłopaki jak co roku pojechały „walczyć” na Grunwald- czyli oglądać coroczną inscenizacje bitwy pod Grunwaldem oraz szereg imprez rycerskich jej towarzyszących. A ja w tym czasie szalałam w ogródku.
Plewiłam chwasty, które już powoli zaczynały być wyższe niż moje plony w warzywniku, rozsadzałam sadzonki jarmużu, podwiązywałam pomidory, siałam nową porcję groszku zielonego, który mam nadzieję zaowocuje na początku września. Pozdejmowałam, już niepotrzebne, siatki przeciw-szpakowe z czereśni, obejrzałam gąszcz moich malin i okazało się, że w końcu owocuje posadzona 2 lata temu czarna malina (delicje!!). Znalazłam zapomniany krzaczek czarnych porzeczek, który wydał owoce po raz pierwszy odkąd się tu wprowadziliśmy, zebrałam wszystkiego może ze dwie garści ale jednak to już postęp. Odkryłam również ku mojej wielkiej rozpaczy, że jedyna sadzonka czereśni, (wśród ponad 20 drzewek sadzonych od 5 lat) która w końcu się przyjęła, zakwitła i wydała owoce- to jednak nie czereśnia lecz WIŚNIA! No cóż, życie znowu mnie oszukało. Ale ja się nie poddaje- na jesieni próbuję znowu!
Na końcu podeszłam na krzaków agrestu, zasadzonych jeszcze przez poprzednich właścicieli domu. „Jakiż tu urodzaj”- pomyślałam patrząc na uginające się od owoców krzaczki. Spróbowałam paru owoców- pysznie słodkie i dojrzałe. „No mój Drogi!” powiedziałam do krzaka agrestu (tak, tak!! czasami rozmawiam z roślinami!) „Jeśli ty jesteś dla mnie tak miły i dajesz takie wspaniałe plony to ja się też postaram żebyśmy w końcu Cię polubili”.
Siadłam do internetu i zapytałam Google o „gooseberry recipie”. Okazało się, że w USA i Wielkiej Brytanii agrest najczęściej jest wykorzystywany do deseru zwanego Gosseberry Cobbler (czyli duszony agrest zapiekany pod pierzynką ze słodkiego maślanego ciasta- ta opcja zdecydowanie nie dla nas ) oraz Gooseberry Fool- czyli deseru z duszonego agrestu, słodkiego jogurtu i często również bitej śmietany. Druga wersja wykorzystania agrestu spodobała mi się bardziej. Nie podobało mi się tylko duszenie owoców- my po prostu lubimy tylko świeży agrest- gotowanie lub duszenie zabija to co w nim najlepsze- jego charakterystyczny świeży i lekko cierpki smak.
Postanowiłam więc agrestu nie dusić tylko zamrozić i zrobić z niego sorbet a ten dopiero dodać do deseru. W międzyczasie zmieniłam jednak zdanie (jak to ja w kuchni) i zamiast deseru zaczęłam robić lody. Sorbet agrestowy okazał się przepyszny. Prawdziwa kwintesencja agrestowego orzeźwienia. Szczególnie, że przecierając go przez sitko pozbyłam się wszystkich pestek i otrzymałam naprawdę aksamitny mus. Musiałam się bardzo powstrzymywać ,żeby go łyżką nie wyjadać cały czas z zamrażarki.
Natomiast połączenie cierpkiego sorberu z jogurtowo-śmietankowymi lodami okazało się strzałem w dziesiątkę. Ja, która w dorosłym życiu nie lubię lodów, tak długo chodziłam po dokładkę do lodówki, że wyjadłam wszystko co miało starczyć dla całej rodziny. Jakoś mi te lody niebezpiecznie przypominały te z dzieciństwa, które jadłam tonami i wydawałam na nie całe swoje kieszonkowe. Wtedy w słynnej w moim mieście cukierni Pani Budzińskiej były tylko 3 smaki : śmietankowe, czekoladowe i …owocowe (właśnie tak bardzo podobne w smaku do moich agrestowych).
Z ostatnią porcją lodów nałożoną do rożka poszłam do ogrodu usiadłam na stołeczku obok krzaczka agrestu: „No, Mój Drogi! Będą z nas przyjaciele! „- powiedziałam i pogładziłam kolczaste gałązki . Potem wzięłam koszyczek, nazbierałam do niego cały dojrzały agrest, umyłam, poporcjowałam i włożyłam do zamrażalnika.
Z jednej porcji zaczęłam od razu robić następne lody dla moich chłopaków. Trzeba w końcu czymś przywitać Rycerzy wracających ze zwycięskiej bitwy. Szczególnie jeśli to jedyna na tysiąc lat bitwa w której udało nam się tak spektakularnie pokonać Niemców. Czy lody agrestowe godne będą Zwycięskich Rycerzy? Moim zdaniem- jak najbardziej.
DOMOWE LODY JOGURTOWO-AGRESTOWE
(czyli jak oswoić agrest w kuchni)
2 szkl. dojrzałego agrestu (nie potrzeba szypułkować- ja użyłam mieszanki zielonego i czerwonego)
2 łyżki cukru
1 szkl. odcedzonego jogurtu waniliowego (mnie zostało tyle po odcedzeniu 1 dużego kartonu (850g) takiego
jogurtu Finezja firmy Bacha) można też użyć homogenizowanego serka waniliowego
1/2 szkl. słodzonego skondensowanego mleka z puszki
1 szkl. śmietanki kremówki
sok z 1/2 cytryny
1-2 łyżki cukru pudru
1. Jogurt wylać na sito wyłożone gazą lub tetrą, pozostawić na misce (gdzie będzie zbierać się serwatka) na 4 godziny w lodówce. Ja użyłam słodzonego już jogurtu waniliowego (po prostu taki miałam w lodówce). Zwykły jogurt naturalny po dosłodzeniu do smaku i dodaniu wanilii lub cukru waniliowego zda tutaj też egzamin (dosładzamy po odcedzeniu lub na samym końcu robienia lodów). Lody będę również dobre z serka homogenizowanego (nie trzeba go już odcedzać).
2. Agrest umyć (nie trzeba szypułkować) i włożyć do zamrażarki, również na co najmniej 4 godziny lub na noc.
3. Po tym czasie, agrest zalać na parę sekund wrzątkiem, odcedzić, dodać 2 łyżki cukru i zmiksować idealnie blenderem na mus. Jeśli trudno jest miksować dodać 1-2 łyżki wrzątku i miksować dalej.
4. Mus przetrzeć przez sito, tak aby oddzielić szypułki i pestki, które trzeba wyrzucić.
5. Wstawić mus z powrotem do zamrażarki.
6. Odcedzony jogurt zmiksować mikserem przez minutę.
7. Dodać skondensowane mleko i miksować przez następną minutę.
8. W osobnym naczyniu ubić śmietanę z cukrem pudrem, na końcu ubijania dodać sok z cytryny. (Nie powinna być idealnie sztywna, jeszcze będziemy ją wielokrotnie miksować podczas zamrażania lodów).
9. Wyciągnąć mus z zamrażarki, jeśli zrobił się z niego już sorbet- zmiksować, żeby miał rzadszą konsystencję.
10. Bitą śmietanę delikatnie ale dokładnie wymieszać z jogurtem i musem agrestowym. Można zostawić trochę musu do dekoracji lodów.
11. Masę umieścić w płaskim (szybciej zamarźnie) najlepiej okrągłym (łatwiej w nim miksować) pojemniku. Wstawić masę do zamrażalnika lub wlać do maszyny do robienia lodów (ja takich luksusów nie posiadam więc radziłam sobie jak poniżej).
12. Co godzina wyciągać lody i miksować mikserem, żeby były puszyste. (spowoduje to, że rozbijecie zawiązujące się kryształki lodu, powstające z soku i innych płynów zawartych w masie). Dzięki temu lody po zamrożeniu będą miały jedwabistą konsystencję.
13. Lody po 3-4 godzinach powinny być już gotowe- wtedy są najlepsze, bo nie zmrożone na kość. Mają najprzyjemniejszą do lizania konsystencję i czuć bardzo dobrze ich smak a nie tylko zimno na zamrożonym języku;-))
14. Możesz też lody zostawić już teraz spokojnie (bez miksowania) na później. Po dłuższym przebywaniu w zamrażarce lody będą bardzo twarde dlatego warto je przed podaniem przełożyć najpierw na co najmniej 30-40 minut do lodówki.
15. Podawaj lody w wafelkach lub w pucharkach polane lekko rozmrożonym sorbetem agrestowym.
Następnym razem spróbuję zamrozić lody jogurtowe osobno bez dodawania musu i agrestowy mus osobno. Uzyskam lody waniliowe i sorbet agrestowy, które będę na przemian nakładać do wafelków. Wydaje mi się, że będzie nawet pyszniej. Wy też spróbujcie.
Jakie kwiaty lubię?-wszystkie. Najbardziej jednak te jadalne: fiołki, bratki, róże, nasturcje, nagietki, jaśmin, kwiaty dyni, cukinii, brokułów, ogórecznika. Lecz najbardziej-najbardziej KWIATY AKACJI. Miód akacjowy to mój ulubiony a kwiaty akacji w najlepszej fazie kwitnienia smakują właśnie jak on. Z kwiatów akacji można robić konfiturę jak z płatków róż, można urozmaicać nimi sałatki. Moja serdeczna przyjaciółka robi z ich dodatkiem racuchy. Ja smażę całe kwiaty w tempurze i wychodzi z tego wykwintna i oryginalna przekąska.
Akacja kwitnie z reguły około 10-14 dni, z czego 3-4 dla zbiorów są najważniejsze. Kiedy kwiaty akacji są najsmaczniejsze wiedzą najlepiej pszczoły. Jeśli spojrzysz na drzewo i widzisz wokoło mnóstwo uwijających się owadów znaczy to, że na ciebie również nadszedł czas. Pszczoły zbierają nektar i pyłek, ty zbierasz całe gałązki kwiatów jednak wszystkim nam chodzi o to samo o słodycz i aromat. Jeśli przechodząc obok kwitnącego drzewa (szczególnie wieczorem) musisz się zatrzymać- bo zapach jest tak intensywny i upajający- znaczy to że, właśnie jest odpowiedni czas aby zrywać kwiaty do tego przepisu.
Tak samo ważne jak pora jest miejsce zbiorów. Akacji jak wszystkich jadalnych kwiatów nie można zbierać byle gdzie. Kwiaty idealnie chłoną i zbierają z powietrza wszystkie zanieczyszczenia. Dlatego po kwiaty akacji chodzi się do lasu lub na dzikie łąki. Zdecydowanie odradzam zbieranie kwiatów przy drogach czy parkingach. Nie polecam również parków gdzie drzewa mogą być opryskiwane środkami ochrony roślin. Najlepiej posadzić akację we własnym ogrodzie, rośnie bardzo szybko i nie wymaga zbyt wiele pielęgnacji. Wręcz przeciwnie, trzeba przed jej ekspansją chronić inne rośliny.
KWIATY AKACJI SMAŻONE W TEMPURZE
lub „pakora z akacji”- jak kto woli
40-50 kwiatostanów akacji 3 czubate łyżki mąki 2 czubate łyżki mąki kukurydzianej 1 opakowanie cukru wanilinowego 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia 2 szczypty kardamonu (opcjonalnie) 1 szkl. lodowatej wody do posypania: cukier puder do smażenia: olej rzepakowy
1. Kwiaty umyj delikatnie zanurzając w letniej wodzie, ułóż na papierowych ręcznikach do wyschnięcia.
2.Wszystkie suche składniki wsyp do wysokiego naczynia i wymieszaj dokładnie mikserem.
3. Nie przestawaj miksować i dolewaj stopniowo wodę.
4.Otrzymasz dość rzadkie ciasto (jak na naleśniki), miksuj je jeszcze przez 2 minuty.
5.Chwytaj kwiatostany za gałązki i bardzo delikatnie zanurzaj w cieście. Wyciągaj również delikatnie.
6.Ciasto powinno oblepiać kwiaty a nie spływać po nich zupełnie (jeśli spływa dodaj więcej mąki).
7. Teraz delikatnym ruchem obróć gałązkę parę razy w dłoni. Kwiatki zaczną się kręcić dookoła jak na karuzeli i zrzucą nadmiar ciasta oraz odkleją się jeden od drugiego. Dzięki temu po usmażeniu będziesz miała piękny kształt kwiatków na talerzu oraz tyle ciasta podczas smażenia ile potrzeba i ani kropli więcej.
8. Od razu wkładaj kwiaty na bardzo rozgrzany olej, najlepiej jeszcze przez chwilę przytrzymaj gałązkę i zakręć kwiatkiem w oleju (dzięki temu nie opadnie na dno i nie przyklei się do niego lecz będzie pływał po powierzchni)
9. Smaż akacje partiami po 5-6 sztuk w głębokim tłuszczu do złotego koloru (trwa to bardzo krótko- około 1-2 minut na partię)
10. Wyciągaj bardzo delikatnie, najlepiej chwytając metalowymi szczypcami za ogonki gałązek.
11.Odsączaj na papierowych ręcznikach.
12.Podawaj posypane cukrem pudrem.
Tak samo możesz postąpić z innymi jadalnymi kwiatami lub ziołami. Polecam gałązki mięty, melisy lub werbeny cytrynowej smażone w taki sposób- niebo w gębie!!.
Mieszkamy w otulinie Parku Krajobrazowego a więc tuż przy lesie. Na połowie naszej działki, rośnie przepiękny starodrzew. Są tam sosny, dęby, klony i brzozy. Mamy nawet pomnik przyrody, stary dąb o imieniu Józef. Z okien wszystkich naszych sypialni są widoki na korony tych drzew. Uwielbiamy z mężem leżeć rano i obserwować toczące się na drzewach życie. Mieszka tam wiele gatunków ptaków. Są dzikie gołębie, szpaki, sójki, moje ukochane rudziki, sowy!(o nich innym razem). Jednak królowymi tej sceny zdecydowanie są wiewiórki. Cóż to są za zabawne stworzenia. Moja babcia zawsze mówiła, że Pana Boga musiał ktoś rozśmieszać kiedy stwarzał niektóre zwierzęta. Na pewno tak było przy wiewiórkach. Przynajmniej „nasze” wiewiórki są zupełnie szalone. Biegają i skaczą po drzewach jakby miały w ogonach małe motorki. Z moich obserwacji wynika że w 50% wypadków robią to dla zwykłej zabawy. Bo jak inaczej wyjaśnić wielokrotne ślizganie się po świeżo napadanym śniegu czy celowe przebieganie nad towarzyszką zabaw aby obsypać ją śniegiem spadającym z gałązek pod stopami? Wiewiórki są też bardzo ciekawskie i niestety nie umieją pływać – te dwie cechy przyprawiły jedną z nich o śmierć w rozkładanym basenie(ku naszej wielkiej rozpaczy). Uwielbiają również żywić się na naszym kompostowniku, rarytasem są tam skórki od bananów. Jest jednak taki czas w roku kiedy z okien sypialni nie wypatrzysz ani jednej wiewiórki. Wszystkie przenoszą się za dom a my mamy pewność że właśnie dojrzały orzechy. Z tyłu domu rośnie niewielki sad owocowy a w nim dwa ogromne orzechy włoskie. W sezonie zbiorów można tam wypatrzeć wiele wiewiórek. Nie pomaga żadne ich straszenie, podchodzenie pod drzewa, robienie hałasu. Wiewiórki najwyżej wejdą wyżej na gałęzie lub co bardziej prawdopodobne zrzucą łupinkę od orzecha na głowę. Jesienią nagle robią się mniej figlarne, bardziej pracowite, zajęte. Cały czas gdzieś gonią, coś zakopują, ukrywają swoje skarby, zmieniają zdanie, rozkopują, szukają nowej kryjówki. I choć same się w tym wszystkim chyba gubią, cel mają jeden- znaleźć a potem ukryć przed innymi jak największa ilość orzechów. I żebyście zrozumieli jaka to skala wyobraźcie sobie klasyczną reklamówkę z supermarketu wypchaną po brzegi orzechami włoskimi. Taką właśnie torbę zakupiliśmy pierwszego miesiąca kiedy przeprowadziliśmy się do nowego domu. Dowiedzieliśmy się, że na działce mieszkają wiewiórki i mieliśmy wielki plan oswajać je, żeby z czasem jadły nam z ręki jak te z Łazienek Królewskich. Zostawiliśmy torbę na werandzie i zapomnieliśmy o niej na 2 krótkie dni. Po tym czasie na dnie torby zostało smętne parę orzechów. Okazało się, że 2 wiewiórki przez tak krótki czas wyniosły z naszej werandy „towar” rozmiarem przekraczający parokrotnie ich wielkość. A ci którzy obserwują wiewiórki wiedzą, że są one w stanie na raz przenieść tylko to co mieści się w ich pyszczku. Wszystkie łapki muszą mieć wolne kiedy biegają. Jeden orzech włoski ledwo mieści się do pyszczka wiewiórki dwa nie zmieszczą się choćby nie wiem co. Do tego reklamówka leżała na widoku w miejscu gdzie kręcą się ludzie, mogły więc to robić niezauważone tylko w tych porach dnia kiedy śpimy lub nie ma nas w domu.
A teraz wyobraźcie sobie, że wiewiórek jest więcej niż dwie i mają do dyspozycji parę tygodni. Możecie zapomnieć, że zbierzecie jakiekolwiek orzechy z drzew, wiewiórki zajmują się nimi „na bieżąco”. Właściwie to dlaczego mamy zakładać (nie tylko my ale i wiewiórki) że jesteśmy właścicielami tych drzew i ich plonów. Wiewiórki mieszkały tutaj zanim się wprowadziliśmy i pewnie od zawsze zaopatrywały się na zimę w orzechy w tym sadzie. Wielką arogancją (tak typową dla gatunku ludzkiego) byłoby przepędzanie wiewiórek i zagarnianie wszystkich orzechów dla siebie. Daliśmy więc spokój a po orzechy chodziliśmy do sklepu… Aż tu ostatniej jesieni trafił się wielki urodzaj orzechów. Choć stołowały się u nas wszystkie okoliczne wiewiórki- nie dały rady zebrać wszystkiego- zostało również coś dla nas.
Wiele wieczorów tej zimy spędziliśmy więc przed kominkiem łupiąc orzechy. Każdy z nas ma inną technikę: mój mąż bierze dwa orzechy i po prostu zgniata je pomiędzy dłońmi, syn (8-latek) używa młotka robi przy tym dużo hałasu i ma wielką frajdę. Ja nauczona przez babcię używam noża- wkładam jego czubek pomiędzy 2 łupinki i przekręcam. Orzech otwiera się i łatwo z niego wyjąc nienaruszone 2 połówki orzechowego serca. Trzeba wykazać się dużą siłą woli, żeby nie zjeść ich od razu tylko odłożyć do miseczki. Kiedy miseczka jest pełna idzie się do kuchni, wyciąga starą ciężką patelnię, drewnianą łyżkę i brązowy cukier, niedługo potem w całym domu pachnie karmelem i przyprawami. Z tą samą miseczką, teraz wypełnioną już orzechami w karmelu, idzie się na górę do sypialni, siada w fotelu przed oknem i jak w najlepszym kinie (pogryzając orzeszki) ogląda przyrodniczy film o wiewiórkach. Jeśli nie puszczają akurat filmu o wiewiórkach zawsze jest coś innego interesującego do obejrzenia. Te orzechy zdecydowanie lepiej smakują przed oknem z widokiem na ogród niż przed telewizorem. Spróbujcie koniecznie!
WŁOSKIE ORZECHY W KARMELU
lub: nerkowce, migdały, laskowe.
200g orzechów łuskanych (po przebraniu)
1 szkl. brązowego cukru (może być biały)
1 łyżka masła (można pominąć będzie wegańsko)
2 łyżki wody
1/4 łyżeczki cynamonu
szczypta kardamonu
Orzechy przebierz, usuń kawałki łupinek, wybierz duże ładne sztuki.
Wysyp na suchą blachę do pieczenia.
Nagrzej piekarnik do 180’C i wstaw orzechy na 10 minut.
Mieszaj orzechy co 2-3 minuty.
Orzechy lekko się upieką,wyciągnij i odstaw do ostygnięcia.
Na ciężkiej patelni lub w rondlu o grubym dnie rozpuść masło, wsyp cukier i dodaj wodę.
Rozprowadź cukier po jak największej powierzchni dna patelni.
Smaż cukier (na średnim ogniu) od czasu do czasu mieszaj.
Nie odchodź od patelni nawet na krok!
Cukier po paru minutach zacznie się rozpuszczać.
Mieszaj od czasu do czasu.
Po następnych paru minutach rozpuszczony cukier zacznie zmieniać kolor na ciemniejszy.
Teraz mieszaj intensywnie i nie pozwól by w niektórych miejscach cukier ciemniał szybciej niż w innych.
Jeśli twój karmel zacznie dymić i wydzielać nieprzyjemny gorzki zapach- oznacza, że się przypalił- wyrzuć go i zacznij wszystko od nowa.
Kiedy cały cukier będzie płynny i pięknego złoto-bursztynowego koloru, zdejmij patelnię z ognia.
Dodaj przyprawy- zamieszaj.
Wsyp orzechy i mieszaj do czasu aż karmel oblepi je wszystkie dość równomiernie.
Mieszaj dalej aż orzechy przestaną się do siebie kleić.
Wysyp na blaszaną tacę i pozostaw do ostygnięcia.
Patelnia po smażeniu karmelu nie chce się domyć? Zagotuj w niej wodę- cały karmel się w niej rozpuści i nic nie trzeba będzie szorować. Pamiętaj również, że rozpuszczony cukier jest piekielnie gorący (ma dużo wyższą temperaturę niż wrzątek), dlatego uważaj bo bardzo łatwo dorobić się paru pęcherzy na palcach (wiem z autopsji).